ETNA- SPIJAMY WODĘ z CHMUR

ETNA- SPIJAMY WODĘ z CHMUR

Trzeciego dnia naszego pobytu na Sycylii obudziło nas piękne Słońce. Czym prędzej pobiegliśmy na taras, by sprawdzić jak dziś prezentuje się Etna. Niestety nadal tonęła we mgle, a jej wierzchołek spowijały chmury. Zapowiadano też deszcze. Wahaliśmy się czy w takich warunkach wyprawa na wulkan ma sens, ale ponieważ był to nasz ostatni dzień w pobliżu góry to jednak się zdecydowaliśmy. Fiumefreddo było zalane słońcem i na pewno temperatura odczuwalna była wyższa od 23 stopni jakie widniały na termometrze. A wejście do nagrzanego auta było jak wejście do piekarnika. Mimo tego ubraliśmy długie spodnie i przygotowaliśmy porządne buty oraz kurtki i polary. Wiedzieliśmy, że na górze będzie o wiele chłodniej.

Im wyżej tym więcej było wokół pól lawy, a mniej samochodów. Na żyznej wulkanicznej glebie nasadzono różnych drzew np. pistacji czy oliwek. Jedziemy trasą, która jest oznaczona na naszej mapie jako widokowa, ale dziś jest widok na mgłę. Nadjeżdżające dostawcze oraz ciężarówki trąbią zbliżając się do zakrętu, dając tym znak do zatrzymania się tym jadącym z naprzeciwka, bo inaczej się nie wyminą i może dojść do kraksy. Stopniowo mgła staje się coraz gęstsza i obejmuje także drogę. Ostatnie 10 km jedziemy w chmurach z naprawdę niewielką widocznością. Przez dobrych kilka chwil myślimy, że jedziemy za jakimś jednośladem, ale okazuje się, że jest to samochód ze światłem przeciwmgielnym. Znienacka wynurza się autobus jadący w przeciwną stronę, ale generalnie aut jest bardzo mało.

Wjeżdżamy na parking przy Rifugio Giovanni Sapienza- świeci pustkami, a wyłaniający się z mgły ludzie są podobni do zombie, rozmazane sylwetki, niemal nierozpoznawalne twarze i stłumione głosy. Etny nadal za bardzo nie widać! Temperatura mocno spadła, jest jakieś 10 stopni i nieprzyjemny, choć na szczęście niezbyt silny, wiatr. Najbardziej czuję zimno patrząc na tych nielicznych śmiałków, którzy wybrali się na wulkan w spodenkach. Brrrr!

Zaczynamy od kraterów Silvestrini, na początek wdrapujemy się na większy z nich tzw. Superiore. Potem MS na satelicie widzi kolejny krater i jakimś cudem znajduje do niego drogę. Mamy go tylko dla siebie :-) Widzimy też głębokie zapadlisko, dziurę po prostu, być może prowadzącą do podziemnej jaskini. Na szczęście jest ogrodzona, ale i tak we mgle i chmurach zbocza Etny nie są najbezpieczniejszym miejscem do chodzenia. Czekamy, aż kłęby mgły/ chmur przegalopują i wtedy idziemy. W pewnym momencie majaczy nam jakaś jasna smuga, a kiedy do niej dochodzimy dedukujemy, że jest to droga, która jeżdżą busy aż pod główne kratery wulkanu. MS zapala się do pomysłu zdobycia Etny argumentując, że zapewne chmury są w niższych partiach góry, a wyżej jest słońce i doskonała widoczność. Już prawie mnie przekonuje, ale pytam schodzącą sympatyczną włoską parę i dowiadujemy się, że tam to NAPRAWDĘ nic nie widać i zaczyna padać. Na mniejszy z kraterów Silvestrini idziemy na samym końcu- po przekąsce w postaci arancini z melanzaną [bakłażanem]. Staraliśmy się chodzić po ścieżkach, ale czasem szliśmy przez pola lawy i wtedy każdy krok był niewiadomą, bo lawa tylko w postaci czerwonej wstęgi na zdjęciach jest gładka. Po zastygnięciu teren nią pokryty jest bardzo nierówny, pofalowany, jakby karbowany. Dodatkowo czasem tuż pod cienką warstwą może pozostać niewielka wolna przestrzeń i lawa może zapaść się pod stopą. Na szczęście teren jest „przechodzony” i czuliśmy się bezpieczni. Najpopularniejsze ścieżki to w zasadzie lawa zmielona tysiącami stóp na pył lub bardzo drobniutki piach, który dość mocno pyli. I zapada się w nim nawet po kostki. Ja ubrałam stuptuty i był to dobry wybór, bo już po chwili były zakurzone. Poza mną tylko przewodnik napotkanej wycieczki, wulkanolog, miał ochronę na buty.

Przymiotnikiem, którym najczęściej opisuje się krajobrazy Etny jest „księżycowy”. Być może jest taki w promieniach słońca, ale my zdecydowanie chodziliśmy po powierzchni innej planety! W pędzących chmurach, z wyłaniającymi się niesamowitymi formacjami zastygłej w dziwaczne twory lawy, w osamotnieniu [bo jednak niewielu zdecydowało się w taką pogodę na wycieczkę], w absolutnej ciszy lub ze stłumionymi odgłosami dochodzącymi z niewiadomokąd naprawdę czuliśmy się jak odkrywcy nowych światów w obcej galaktyce. W pobliżu obu kraterów Silvestrini lądowało Ufo :-) Napotkaliśmy duże, płaskie głazy, „ułożone” po kilka w rzędzie, które jednoznacznie kojarzyły się właśnie z pojazdami kosmitów. W niektórych miejscach wraz z wiatrem przemieszczały się dziesiątki metrów pajęczyny. Biała, dobrze widoczna, mocna i jakby lepka oplatała nas, gdy staliśmy podziwiając Naturę- w pewnej chwili okazało się, że owinęła nas oboje. Czyżby miejscowe formy życia usiłowały spętać astronautów lub pobrać jakieś próbki? ;-) A życie na Etnie kwitnie- dosłownie. Spotkaliśmy nie tylko mchy, ale również kępki traw i kwiatów, w tym rumianek, maleńkie muszki, ptaki oraz czerwone biedronki. Również kolory lawy mogą zaskakiwać, bo oprócz tysiąca odmian czarnego i brązu napotkaliśmy najróżniejsze odcienie czerwieni i żółci. Ciemnoceglasty, soczysty oranż, różowy, brudna żółć, bordowy.

W ostatnim kraterze zeszłam na jego dno tuż przed nadejściem olbrzymiego kłębowiska mlecznej mgły. Dołączył do mnie MS i staliśmy razem w poczuciu bycia jedynymi na świecie, nic i nikogo nie słyszeliśmy, nie widzieliśmy. A schronisko i parking było tuż obok!

W pewnej chwili, akurat gdy byłam wewnątrz wyjątkowo gęstej i szybko pędzącej chmury, spojrzałam na rękawiczki, a na nich pełno malutkich kropelek. Woda skraplała się także na metalowych częściach plecaka, sznurówkach, włosach, a nawet dłoniach. Oczywiście poczęstowaliśmy się kropelkami- nie na co dzień można spijać wodę z chmur! W dodatku będąc na wulkanie.

Niekiedy wiatr przepędza chmury i wtedy biegniemy- dosłownie!- by zrobić zdjęcie kraterom. W życiu nie przypuszczałam, że będę biegała pod górę, na wulkanie, w trekkingowych butach zapadających się w pyle. Ale trzeba się śpieszyć, bo okienka, w których widoczność jest dobra są króciutkie. Po kilkunastu sekundach, góra minucie nadchodzą kolejne kłęby mgły i znów jesteśmy na obcej planecie :-)

Pogoda wydawała się niesprzyjająca, a mimo to wyprawa była niezwykła- klimat spowitej mgłą Etny i chodzenie w chmurach zapamiętamy na długo. I pewnie będziemy chcieli wrócić ;-) 

To już naprawdę blisko schroniska na wys. ok. 2000 m.n.p.m.

Światełko we mgle, motor? Nie, to auto ze światłem przeciwmgielnym…..

Widok na krater Silvestrini z parkingu. Trzeba wierzyć, że gdzieś tam jest.

Lądowisko UFO koło mniejszego z kraterów Silvestrini.

Klasyczna linia Niezidentyfikowanego Obiektu Latającego.

Lawowe stwory z innej planety.

Różnokolorowa lawa chrzęści i „chrupie” pod stopami.

Na tej planecie jest życie!

Kępki kwiatów kontrastują z czernią wulkanicznej lawy.

Nowa planeta okazuje się być skolonizowana przez żuczki….

… oraz biedronki.

Widać pajęczyny z malutkimi kropelkami czyli woda też jest :-)

Kolejny kolor Etny.

Krater Silvestrini Superiore w pełnej krasie. Z bliska…

… oraz z dalszej odległości.

Krater Silvestrini większy razem z kraterem nr 3.

Kolejka na Etnie.

Krater nr 3 [niestety nie wiem jak się nazywa], znaleziony dzięki satelicie. Chmury i mgła przepływały obok, omijając wnętrze.

Widać jak mali są ludzie w porównaniu z kraterem.

Niesamowite kolory mimo ich przytłumienia przez mgłę.

Samotny astronauta ;-)

Wulkaniczny krajobraz.

Lądowisko UFO koło mniejszego krateru Silvestrini.

Kolory ziemi, lawy i skał na Etnie.

Prawdopodobnie wulkaniczna bomba czyli materiał wyrzucany z wulkanu podczas wybuchu.

2 komentarzy

Zostaw odpowiedź